Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stwierdzające zgodność ustawy dezubekizacyjnej z konstytucją to nie wypadek przy pracy. Systematyczne polityczne zmiany w składzie Trybumału, dokonywane od 2006 r., zaczynają właśnie przynosić efekty zamierzone w epoce PO-PiS.
Za rządów PiS-Samoobrony-LPR w latach 2006-07 do 15-osobowego Trybunału trafiła szóstka nowych sędziów - politycznie bliskich ówcześnie rządzącym. Doszło do takiego obniżenia standardów, że jedną z zaufanych wybranych osób, już zaprzysiężoną, trzeba było podmieniać, bo w atmosferze skandalu musiała zrezygnować ze stanowiska. W czasach rządu PO-PSL do TK trafiło kolejnych dwóch sędziów.
Z tej ósemki tylko wybrany w 2008 r. prof. Stanisław Biernat cieszy się niepodważalnym autorytetem w środowiskach prawniczym i akademickim. Nigdy nie był związany z żadną partią. Merytorycznym autorytetem, ale już nie tej skali, jest też Teresa Liszcz, jako profesorka prawa pracy i wieloletnia parlamentarzystka z doświadczeniem legislacyjnym. Jednak przy tym wyborze obawy wywoływała jej wcześniejsza aktywność partyjna i bliska współpraca z braćmi Kaczyńskimi.
Ustawa dezubekizacyjna nie była najbardziej emocjonującą sprawą rozpatrywaną w TK. Zdarzały się już orzeczenia w kwestiach głębiej dzielących politycznie Polaków. Po werdyktach Trybunału zgrzytali zębami nie tylko zwolennicy, ale też przeciwnicy wizji świata uosabianej dziś przez PiS. Nigdy jednak wcześniej w wolnej Polsce TK nie okazał tak ostentacyjnie obojętności wobec zobowiązań prawnych państwa.
Emocje wywoływały orzeczenia utrzymujące wprowadzenie religii do szkół. Najpoważniejszą dotychczas krytykę na Trybunał sprowadziło odrzucenie liberalizacji ustawy aborcyjnej w 1997 r., za rządów SLD.
Trzeba przyznać uczciwie, że Trybunał konsekwentnie nigdy nie naraził się Kościołowi katolickiemu. Ale jednocześnie, co ważniejsze, bardzo często narażał się ekipom aktualnie sprawującym władzę - i z prawej, i z lewej strony. To ugruntowywało jego polityczną niezależność. Trybunał mozolnie budował latami swój autorytet prawniczy dzięki ściśle merytorycznym uzasadnieniom orzeczeń. Większość prawników, nawet jeśli się nie zgadzała z ich kierunkiem, np. przy aborcji czy lustracji, nie była w stanie poważnie zakwestionować logicznej argumentacji prawnej TK.
Coś się istotnie zmieniło, gdy do Trybunału doszlusowała piątka nowych sędziów z nadania koalicji PiS-LPR-Samoobrona w 2006 r. W obyczaju, w stylu pracy, w argumentacji.
Z nieoficjalnych rozmów, niedomówień, uśmiechów, tak to sobie można tłumaczyć: Dotychczas każdy przynosił bagaż polityczny oddzielnie i nie wypadało się z nim obnosić. Teraz weszła grupa z jasną wizją i bez zahamowań. Wcześniej w pracy nad sprawą było poszukiwanie tego, co łączy. Teraz ważna stała się walka. Zaczęły dominować argumenty pozaprawne, odniesienia do politycznych konstelacji - do prezydenta, do rządzącej partii.
Patrząc z zewnątrz, pozornie nic się nie działo. Papierkiem lakmusowym były dwa orzeczenia z grudnia 2009 r.: utrzymania wliczania stopnia z religii do średniej ocen w szkołach oraz dofinansowywania przez państwo uczelni teologicznych, gdzie warunkiem studiowania jest pozytywna opinia proboszcza.
Mimo tradycji nienarażania się Kościołowi zdumiewająca była łatwość, z jaką te orzeczenia przeszły - tylko przy jednym zdaniu odrębnym. Pamiętając, że przy odrzuceniu liberalizacji aborcji w 1997 r. był remis i przeważył głos prezesa. Teraz dało się wyraźnie zauważyć, że ton Trybunałowi zaczął nadawać PO-PiS. A część sędziów wolała może święty spokój...
Przyszła do TK ustawa likwidująca przywileje b. funkcjonariuszy SB. Jej zaskarżenie nie było obroną złych esbeków. Chodziło o zobowiązania, jakie wobec części z nich, zweryfikowanych w roku 1990, zaciągnęło demokratyczne państwo. Ale polityka historyczna tak się odcisnęła na obecnej większości Trybunału, jakby to państwo - sprzed 2005 r. - było tak obce i wrogie jak PRL. Okazało się nieważne, że zweryfikowani funkcjonariusze przechodzili do służby, zachowując wcześniejsze stopnie służbowe (a nie od poziomu szeregowca), że przywileje emerytalne potwierdziły ustawy uchwalone już w III RP, że zaświadczenia weryfikacyjne mówiły o "kwalifikacjach moralnych" do pełnienia służby. Za to absurdalnie TK przyznał członkom WRON uprzywilejowane emerytury za okres stalinowski, ale już nie za służbę w III RP (choć to nie ma znaczenia, bo na ogół nabyli oni uprawnienia przed stanem wojennym - nieznajomość czego ośmiesza TK).
Konsekwentnie Trybunał nie naraził się ani PO, ani PiS, które za rządów PO solidarnie ustawę dezubekizacyjną uchwaliły. Tym razem orzeczenie TK zapadło po ponadmiesięcznym pacie. Z podpisów pod nim wynika, że dwóch sędziów - Stanisław Biernat i Janusz Niemcewicz (którego kadencja właśnie się zakończyła) - wolało jednak chyba mieć święty spokój.
Niepokoją ustne uzasadnienia oraz komunikat na stronie internetowej TK. Zamiast prawnych argumentów pojawiły się moralne i historyczne. Dlaczego wobec b. funkcjonariuszy należy zastosować restrykcyjny przelicznik podstawy emerytury 0,7 proc., a nie tak jak dla wszystkich 1,3 proc.? Bo według komunikatu "waży" to za dużo i nie doprowadziłoby do obniżenia ich emerytur w stosunku do emerytur powszechnych.
Tak naprawdę to drugorzędny problem, kto ma większość w Trybunale - konserwatyści czy liberałowie. Ale tylko dopóki nie odbija się to na jakości argumentów i ścisłej zero-jedynkowej logice prawnego wywodu. Jeśli słówka w cudzysłowach wrócą w uzasadnieniu pisemnym, jeśli TK znów wda się w szczegóły sprawiedliwości historycznej, a nie wytłumaczy ogólnych zasad, na podstawie których państwo może odstąpić od swych zobowiązań, będziemy mieli dowód na piśmie złej merytorycznej odmiany.
Czy Trybunał obroni swój autorytet, rozstrzygnie się w tym roku, bo parlament znów wybiera pięciu nowych sędziów. PO ma na to duży wpływ. Ach, gdyby tak pokazała, że potrafi się wznieść ponad swoje interesy, i pozwoliła wybrać ludzi niezależnych, z charakterem i przede wszystkim z autorytetem wśród prawników.
Preselekcję kandydatów przez środowiska prawne i akademickie postulują wybitny konstytucjonalista prof. Piotr Winczorek i b. prezes TK Jerzy Stępień. To z pewnością poprawiłoby jakość wyborów, ale problemu całkowicie nie rozwiąże - bo przecież i w ten sposób można dostarczać słabych kandydatów.
Nie wszystko da się zapisać. Problem w obyczaju i w trosce o dobro wspólne. Politycy muszą zrozumieć, że stoją na straży jakości, a nie lojalności. W przeciwnym wypadku tworzą okazję, tak jak Jarosław Kaczyński świadomie parę lat temu, do psucia dobrych instytucji państwa.
Skoro nie zawsze się tym przejmują, krzyczeć muszą media i organizacje pozarządowe. Dzięki larum, jakie ostatnio podniosły, PO zmusiła do rezygnacji swego złego kandydata przyłapanego przez "Gazetę" na mijaniu się z prawdą. Na razie była to najskuteczniejsza obrona jakości TK od 2005 r.
Źródło: Wojciech Mazowiecki, wyborcza.pl, 2010-03-05
(dziennikarz, pracował w "Gazecie", "Przekroju" i telewizji Superstacja)
| « poprzednia | następna » |
|---|


